„Każde dziecko ma własną historię”

Data: 25.05.2026 r., godz. 13.57    225
Dyrektor placówki opiekuńczo-wychowawczej w Wólce Grodziskiej, Grażyna Walczyk, od lat pracuje z dziećmi, które z różnych powodów nie mogą wychowywać się w swoich domach rodzinnych.

Dyrektor placówki opiekuńczo-wychowawczej w Wólce Grodziskiej, Grażyna Walczyk, od lat pracuje z dziećmi, które z różnych powodów nie mogą wychowywać się w swoich domach rodzinnych. W rozmowie opowiada o emocjach oraz szansach na lepsze życie.

- Co jest najtrudniejsze dla dzieci po trafieniu do placówki?

- Przede wszystkim emocje. Dzieciaki trafiają tutaj z bardzo różnych środowisk i reagują skrajnie – od wycofania po agresję czy złość. Często nie rozumieją jeszcze swojej sytuacji i wydaje im się, że to my jesteśmy winni temu, że znalazły się w placówce. Tymczasem problem zawsze leży po stronie dorosłych. Dzieci nie zawiniły, ale cierpią najbardziej.

- Jakie dzieci trafiają do placówki?

- Do placówki trafiają dzieci z terenu powiatu grodziskiego, najczęściej powyżej 10. roku życia. Jeśli jednak chodzi o rodzeństwo, przyjmowane są również młodsze dzieci. W przeszłości trafiały do nas także małe dzieci z dużymi trudnościami wychowawczymi, z którymi żadna z rodzin nie potrafiła sobie poradzić.

- Czy wychowankowie mają szansę wrócić do swoich rodzin?

- Jesteśmy nastawieni na powroty do rodzin biologicznych. Dużo zależy od rodziców – od tego, czy podejmą walkę o swoje dzieci, czy będą współpracować z nami. Jeśli rodzic rzeczywiście chce coś zmienić, są szanse na odbudowanie rodziny. Niestety, nie zawsze się to udaje.

- Jakie historie dzieci najbardziej zapadają pani w pamięć?

- Tych historii jest bardzo dużo i każda jest inna, bo każde dziecko ma swoją własną, często bardzo trudną przeszłość. Trafiają do nas dzieci zaniedbane zdrowotnie, niedożywione, po doświadczeniach przemocy domowej, a także wychowujące się w rodzinach dotkniętych uzależnieniem od alkoholu czy narkotyków. Najtrudniejsze jest jednak to, że mimo wszystko dzieci bardzo kochają swoich rodziców i wierzą w każdą obietnicę poprawy. Później to my musimy pomagać im mierzyć się z emocjami rozczarowania, smutku i zawodu.

- Jak wygląda codzienne życie w placówce?

-  Tak naprawdę codzienne życie w placówce niewiele różni się od życia w każdym domu. Dzieci chodzą do szkoły, mają swoje obowiązki i dyżury, a także czas na naukę i odpoczynek. Rozwijają również swoje pasje sportowe — uczestniczą w treningach piłki nożnej, jeżdżą na kolarstwo czy korzystają z karnetów na siłownię. Organizujemy też wakacyjne wyjazdy i zimowiska. Staramy się stworzyć miejsce, które będzie dla nich jak najbardziej domowe i bezpieczne.

- Udaje się stworzyć między dziećmi więzi?

- Tak, i to jest piękne. Starsi pomagają młodszym w lekcjach, wspierają się. Zawsze powtarzamy im, że choć nie są rodziną biologiczną, powinni traktować się jak rodzeństwo. Widać między nimi solidarność. Obserwujemy również, jak między dziećmi rodzą się przyjaźnie, które często pozostają z nimi nawet po opuszczeniu placówki. Łatwiej jest dzielić się emocjami i doświadczeniami z kimś, kto przeszedł podobną drogę i naprawdę rozumie, z czym trzeba się mierzyć.

- Jak obchodzicie święta i ważne uroczystości?

- Tak jak w domu. Obchodzimy święta religijne i państwowe. Wspólnie ubieramy choinkę, spędzamy Wigilię przy stole, wręczamy prezenty, a podczas urodzin śpiewamy „Sto lat” i jemy tort. Uczestniczymy także w różnych uroczystościach i obchodach, w tym marszach i wydarzeniach okolicznościowych. Staramy się, aby dzieci poznawały tradycje i rozumiały ich znaczenie, a także uczyły się zaznaczania ważnych dat w kalendarzu.

Dzieci bardzo emocjonalnie przeżywają te chwile. Wiele osób i firm pamięta o naszych wychowankach, organizując prezenty i różne atrakcje. Dzięki temu nie czują się pozostawione same sobie.

- A co daje największą satysfakcję?

- Moment, kiedy wychowanek zaczyna sobie radzić z problemami. Kiedy kończy szkołę, znajduje pracę, zakłada rodzinę albo i nie zakłada, ale po prostu jest samodzielny. Wielu z nich wraca do nas po latach, wpada na herbatę, opowiada o swoim życiu. To pokazuje, że ta praca ma sens.

- Czy dzieci odczuwają stygmatyzację?

- Niestety tak. Wielu z nich nie chce mówić w szkole, że mieszka w placówce, bo boi się oceniania czy wyśmiewania. Choć mam wrażenie, że dziś jest już trochę lepiej niż kiedyś. Paradoksalnie zdarzają się też sytuacje, kiedy młodzi ludzie pytają, co zrobić, żeby trafić do domu dziecka. Pytanie, co takiego musi dziać się w ich domach rodzinnych, że wolą trafić do naszej placówki?

- Czy pobyt w placówce może być szansą na lepsze życie?

- Dla niektórych to szansa na wyrwanie się ze środowiska, które nie dawałoby szansy na radzenie sobie w życiu. Mówię im zawsze, że muszą zawalczyć o siebie, skończyć szkołę i zdobyć dobry zawód. Często muszą szybciej dorosnąć. Jestem z nich dumna. My pokazujemy im drogę, ale to od nich zależy, jak ją wykorzystają. Nie wszystkim się udaje, ale większość sobie radzi – lepiej lub gorzej, ale samodzielnie. Bo jakie jest podstawowe założenie rodzicielstwa? Tak wychować dzieci, żeby były samodzielne. I my właśnie to robimy.

Starostwo Powiatu Grodziskiego

 

Grażyna Walczyk, Dyrektor placówki opiekuńczo-wychowawczej

Pani Grażyna Walczyk, Dyrektor placówki opiekuńczo-wychowawczej w Wólce Grodziskiej